
Fot. Łukasz Gryko
450 kilometrów przez błoto, mgły i miejsca, których nie pokazują foldery
Rajd zaczął się tak naprawdę długo przed pierwszym odpaleniem silnika. I to warto powiedzieć wprost, bo ludzie często widzą gotową trasę, ognisko i zdjęcia z błota, ale nie widzą tego całego zamieszania i wysiłku organizacyjnego, które zaczynają się dużo wcześniej. Zgromadzenie publiczne. Korespondencja z gminami. Nadleśnictwa. Telefony. Uzgodnienia. Poprawki. Rzeczy, które miały trwać godzinę, potrafiły ciągnąć się tygodniami. Klasyka. Papier zawsze jest odważniejszy od człowieka w terenie.
Do tego dochodziła logistyka. Przewiezienie Land Rovera w góry, objazdy tras, ustalanie przejazdów, miejsc postojowych i punktów widokowych. W teorii człowiek przed rajdem powinien mieć dzień albo dwa na odpoczynek. Sen. Regenerację. W praktyce wszystko działo się „na żywo”. Dynamicznie. Bez żadnego bufora na regenerację. Organizm zaczął łapać zmęczenie jeszcze zanim pojawili się pierwsi uczestnicy. I to jest ten moment, którego nie widać na fotografiach.
Rajd Bieszczady od kuchni — zanim ruszyliśmy w trasę
Dzień przed rajdem był już klasyczną jazdą na krawędzi. Objazdy tras. Spotkania z uczestnikami do późnej nocy. Zakupy jedzenia. Organizacja pola namiotowego. Pakiety startowe. Koszulki. Rzeczy drobne — a właśnie te drobne rzeczy zabierają najwięcej czasu. W drodze na bazę namiotową trafił się jeszcze kierowca spoza rajdu, który rozbił auto po spotkaniu z żubrem. Góry mają swój sposób przypominania człowiekowi, że nie wszystko da się wpisać w plan.
Najlepszy możliwy skład ludzi
Pierwsze ekipy zaczęły zjeżdżać się jeszcze przy lekkiej sztywności i ostrożności. Standard. Ludzie się nie znają, auta stoją jeszcze trochę osobno, rozmowy są bardziej grzecznościowe niż prawdziwe. Ale bardzo szybko zaczęło być widać coś ważnego — to był chyba najlepszy możliwy skład ludzi.
Każdy kompletnie inny. Inne doświadczenia, inne temperamenty, inne podejście do jazdy i podróżowania. A mimo tego wszystkich łączyło jedno: autentyczna radość z przygody i bardzo entuzjastyczne podejście do całego wyjazdu. I to czuło się praktycznie od początku.
Pierwsze ognisko i pierwsze problemy
Potem przejazd na bazę namiotową, rozbijanie namiotów, ognisko, pierwsze śmiechy, pierwsza integracja. I oczywiście deszcz. Intensywny. Namioty zaczęły puszczać wodę, pojawiły się pierwsze niewygody, pierwsze zmęczenie, pierwsze sygnały, że to nie będzie „instagramowy offroad weekend”.
I bardzo dobrze. Góry nie są od wygody.
Przewodnik Bieszczady — trasa, która nie prowadziła przez pocztówki
Pierwszy dzień rajdu zaczął się o 6:30 rano. Robienie herbaty, gotowanie wody, śniadanie. Jedna z uczestniczek zaczęła pomagać przy jajecznicy. Rzecz drobna, ale właśnie z takich drobiazgów robi się atmosfera wyjazdu. Potem ruszyliśmy w trasę.
Początek był mokry. Intensywny deszcz. Pierwsze poważniejsze utrudnienie pojawiło się przy omijaniu tira do zrywki drewna na błotnistej, pochyłej stokówce. Wtedy bardzo szybko okazało się, że CB radio nie jest gadżetem. Jest narzędziem przetrwania.
Komunikacja zaczęła działać sprawnie, kolumna zaczęła rozumieć rytm jazdy. W terenie nie ma demokracji. Jest albo dobra komunikacja, albo problem.
Punkty widokowe, cerkwie i miejsca po dawnych wsiach
Pierwszy punkt widokowy przykryły chmury i deszcz. Miało być widowiskowo — wyszło bardziej surowo. Kolejny punkt nadal tonął w chmurach, ale już bez deszczu. Widok zrobił swoje. Tam zaczęło być widać, że ludzie naprawdę weszli w ten wyjazd.
Dalej był spacer do starej kapliczki. Około 20 minut marszu od aut. Tam była historia zalewu, historia podwójnego wydzierżawiania gruntów przez sąsiednie gminy, krajobraz dawnej wsi i wilk obserwujący grupę ludzi przewalającą się przez pole. O ironio — człowiek zwykle myśli, że to on obserwuje naturę.
Potem kolejna cerkiew. Zamknięta. Typowe. Można mieć najbardziej dopięty plan i zawsze znajdzie się kłódka albo urzędowa rzeczywistość. Była więc opowieść przed wejściem — ikonostas, historia miejsca, dawni mieszkańcy i lokalny ksiądz.
W tym czasie zaczęło wychodzić zmęczenie uczestników. Głód. Kończące się papierosy. Pierwsze tankowania „na oparach”. Człowiek szybko wraca do podstawowych potrzeb.
Kamieniołom, historia i błoto
Dalej punkt widokowy i opowieści o dawnych wsiach, górach i wypale drewna. Potem kamieniołom i spacer trudniejszy niż się wydawało. Dla wielu osób był już wyczerpujący.
Na miejscu geologia gór, kryształ górski, funkcjonowanie kamieniołomów i sens całego tego przemysłowego krajobrazu, który ludzie zwykle wolą ignorować, bo psuje „dzikość natury”. Problem w tym, że natura i przemysł od dawna żyją tutaj razem — tylko foldery turystyczne tego nie pokazują.
Przewodnik Bieszczady — dzikie drogi, kopalnie ropy i nocne przejazdy
Dalej stokówką wysoko w góry. Skład drewna. Spacer na rozległe łąki. Historia I wojny światowej, dawnych przełęczy i prób odsieczy wielkiej twierdzy. Potem cerkwisko. Intensywny deszcz wrócił. Historia dawnej wsi, kościoła i ludzi, których już tam nie ma.
Później chatka i chwila odpoczynku. Nie wszyscy odpoczywali. Część załóg siedziała w samochodach zestresowana ulewami. I też dobrze. Góry nie mają obowiązku nikogo uspokajać.
Rajd Bieszczady i miejsca, które dalej żyją własnym rytmem
Kolejny punkt — zalew bobrowy, błędnie nazywany „jeziorkiem”, choć to zwykły sztuczny zbiornik. Była opowieść o bobrach, ich bazie żerowej i funkcjonowaniu całego systemu wodnego.
Herbata. Kawa. Chwila postoju. Ludzie byli już naprawdę głodni, więc odpuściłem dalszą wycieczkę. W terenie trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić. Ambicja jest dobra. Rozsądek lepszy.
Potem stacja benzynowa. Wafelki. Papierosy. Tankowanie. Proza życia. Każda wyprawa terenowa finalnie zawsze rozbija się o paliwo, jedzenie i sen. Reszta to romantyczne dodatki.
Dalej była historia zbrodni, ruin dzwonnicy i prób rozmywania historii przez manipulacje na tablicach pamiątkowych. Teren pamięta więcej niż lokalne narracje. Wystarczy patrzeć uważnie.
Kopalnie ropy i drogi zrywkowe
Kolejnym mocnym punktem była opuszczona cerkiew i dawna kopanka ropy naftowej. Przy wypale drewna pokazałem technologię wypału i realia tej pracy. Nie turystyczną legendę przy ognisku, tylko ciężką robotę w dymie i błocie.
Drugiego dnia pojawiła się również czynna kopalnia ropy naftowej z kiwonem i opuszczona kopalnia w środku lasu. Dojazd był świetny — szybki, dynamiczny, bardzo terenowy.
Na miejscu błoto po kolana. Dosłownie. Dawna droga przemysłowa zamieniona w drogę zrywkową była momentami ciężka do przejścia. Ale właśnie tam znajdowały się stare odwierty, w tym jeden bulgoczący gazem i drugi pozwalający pobrać olej skalny.
Nocne przejazdy przez góry
Wieczorem był obiad w starej karczmie. Po całym dniu ludzie byli skrajnie głodni. I tutaj trzeba uczciwie powiedzieć — jedzenie było fenomenalne. Potem kino studyjne, herbata, kawa, ciasto i stary film.
Następnie część grupy wróciła asfaltami do bazy namiotowej, a część pojechała nocną stokówką przez las. Mgły. Parujący las po ulewach. Przejazd po zmroku dawał momentami surrealistyczne wrażenie. Człowiek widzi tylko światła, błoto i ścianę lasu. Resztę dopowiada zmęczony mózg.
Drugiego dnia po obiedzie ruszyliśmy przez długi grzbiet górski. Wtedy grupa była już naprawdę zgrana. Każdy wiedział, jak się ustawić, kiedy przyspieszyć, kiedy zostawić miejsce.
Część ludzi wróciła już do domów. Zostały trzy auta i bardzo dobry, dynamiczny przejazd przez las po ciemku. Zakręty, szuter, nocny las i kierowcy, którzy przez dwa dni nauczyli się jeździć razem.
Fantastyczne doświadczenie. I jednocześnie takie, po którym człowiek czuje już zmęczenie w kościach, nie w głowie.
450 kilometrów prawdziwych Bieszczad
Łącznie przez dwa dni przejechaliśmy około 450 kilometrów. Pierwszego dnia 12 godzin jazdy. Drugiego 14 godzin. Około 2/3, a może nawet 3/4 trasy prowadziło przez szutry, stokówki i drogi leśne.
Nie jechaliśmy przez najbardziej znane miejsca w górach. I bardzo dobrze. Popularność zwykle zabija wszystko, co najcenniejsze.
Były obserwacje wilka. Kilka osób widziało niedźwiedzie — dwa albo trzy razy. Były myszołowy, sokoły, jelenie, zające. Był deszcz, błoto, mgły i zmęczenie. Były też rozmowy przy ogniu do trzeciej nad ranem.
I chyba właśnie o to chodzi w takich wyjazdach.
Nie o „zaliczenie atrakcji”. Nie o zdjęcia pod punktami widokowymi. Tylko o moment, w którym człowiek po dwóch dniach jazdy, błota, deszczu i niewyspania siedzi przy dogasającym ognisku i już wie, że wróci tu znowu.
